środa, 31 grudnia 2014

Idzie nowe...

każdego dnia, ale teraz wyczuwamy to nowe z większą siła, wyczekujemy z większym zaangażowaniem i rozgrzanym do czerwoności sercem. Snujemy plany, marzymy, puszczamy wodze fantazji i ta ciekawość powoduje, że niemal skaczemy z nogi na nogę - co przyniesie nadchodzący rok? Jesteśmy wtedy jak dzieci, które czują, że tkwi w tym jakaś magia, coś niezwykłego. A tak naprawdę baaaardzo wiele zależy od nas samych. I w tym momencie roku chciałabym się przyłączyć do prostych życzeń obrazkowych ;)

- podróży małych i dużych,  z bliskimi albo w samotności! Cudownych spotkań z przyjaciółmi, być może na letnich piknikach w gąszczu traw, w lesie?



- odlotów, być może takich o jakich skrycie marzycie- balonem?
może nocą, by niemożliwe stało się możliwe?
ale z całą pewnością w doskonałym towarzystwie!
I miłości w wielu odsłonach, smakach, do siebie, do innych, do świata


I pielęgnujcie w sobie swoją wyjątkowość, którą może niektórzy odbierają jako dziwność ;)
Tego wszystkiego życzy Lilu :)

A refleksje na temat mijającego roku - się pojawią niebawem!!!!!





sobota, 13 grudnia 2014

Kiedy nie dziele się nic

Ostatni czas to wyższa szkoła ruchu w przestrzeni, w działaniach...Busy, autobusy, pociągi, tramwaje, auta i wreszcie moje własne nogi, które dzielnie (z)noszą moją bieganinę. Ale ta bieganina jest przyjemna! Oczywiście są momenty kiedy padam ze zmęczenia, a i wtedy włącza mi się żarówka, która podświetla wszystkie zadania do wykonania, projekty, które rodzą się przed snem: nowe pomysły na ptaszory, broszaki hipnotyzujące mandalowymi wzorami...

Teraz usiadłam na chwilę w kuchni, obok mnie kubek herbaty z pomarańczą nafaszerowaną goździkami, w piekarniku rumieni się (to pewnie przez mój łakomy wzrok) odrobinę nieśmiałe ciasto dyniowe. I myślę sobie, że takie chwile też bardzo lubię. Lubię spotkania z ludźmi, energię która się wtedy wytwarza, inspiracje którymi się zarażamy, spokój którym dzielimy. Ale lubię też, kiedy nie dzieje się nic, wtedy można wypić ciepłą herbatę do ostatniej kropli, zacząć pisać list, który przegrywał z wiecznie napiętym grafikiem, poczytać książkę, na której zdążył zadomowić się kurz!
Jedyne co jeszcze dziś mam w planach to kartki na podsumowanie roku dla bliskich :) A na dobranoc posłucham kołysanki :


sobota, 22 listopada 2014

Powroty

No i wróciłam. Bieszczady trzymały nas w swym serdecznym uścisku ponad pół roku (wciąż jestem zdziwiona, że to taki kawał czasu i że tak szybko to minęło). I wiecie co? Już tęsknię, a dlaczego zapytacie, przecież "tam nic nie ma". Dla mnie jest wszystko, czego mi potrzeba, by oddychać, czerpać inspirację, żyć. Sami zobaczcie:
A to i tak tylko mały wycinek tego, czego można doświadczać każdego dnia! Tyle piękna....tęsknicie ze mną?



sobota, 15 listopada 2014

Proszę Państwa oto skrzynia!



A zatem skończyłam. Poprawianie wszystkich geometrycznych wzorów niemal mantrycznych dobiegło końca i skrzynia w nieco odświeżonej wersji dumnie prezentuje swoje piękno. Czasem narzędzie zapadało się w kornikowej dziurce, innym razem natrafiło na inny problem – ale skończyłam przygodę i jednocześnie snucie opowieści skrzyniowych. Jestem pewna, że skrywa niejedną tajemnicę kilku pokoleń i jak wierny słuchacz – przyjaciel – kompan zatrzymuje je dla siebie. Można sobie tylko wyobrażać co widziała, co słyszała, czego była świadkiem… 






Otwarcie wieka to jakby przeniesienie się w inną czasoprzestrzeń. Wtedy rzeczywistość pachniała inaczej, w zależności od pory roku – sianokosy, żniwa, wypasanie owiec i kóz. Widzę kolorowe stroje, które każda porządna kobieta musiała mieć w swojej szafie na wyjątkowe okazje; słyszę śpiewny język i czuję zapach chleba, który jeszcze siedzi w rozgrzanym piecu.  Przy okazji myślę też o trudach jakie właściciele skrzyni spotykali na swojej drodze, jak proste i prawdziwe życie wiedli – życie którego rytm wyznaczały pory roku i dnia, Natura. Widzę spracowane dłonie, twarze poorane siecią zmarszczek, od których odciągają uwagę radosne oczy pełne energii, życia, blasku.





I tak się zastanawiam: co skrzynia będzie miała do opowiedzenia za 100 lat? O jakich ludziach będą to opowieści i czy będzie to tak żywa historia, jak ta którą właśnie mam przed oczami i której końca jeszcze nie ma….


P.S. Każdy z Was może zaspokoić ciekawość i zobaczyć jak skrzynia prezentuje się na żywo. Ma sąsiadkę w diametralnie innym stylu! A gdzie można ją zobaczyć? W Pensjonacie Horb !

czwartek, 6 listopada 2014

Glina - powrót

Powroty bywają różne - na niektóre się czeka ze zniecierpliwieniem, o innych nawet nie chcemy myśleć, bo przebiegają przez ciało nieprzyjemnym dreszczem negatywnych emocji. Jedne wprowadzają harmonię, inne sieją zamęt. W tym poście rzecz będzie o powrocie do równowagi. 
Z gliną poznałam się ładnych parę lat temu, przypadłyśmy sobie do gustu i wszystko wskazywało na to, że szybko się nie rozstaniemy. Jak to bywa w planach - diabli je wzięli i z gliną musiałyśmy się rozstać. Ale nie ma tego złego, bo wróciłam! Znalazłyśmy się w końcu po zawirowaniach i cóż mogę powiedzieć? GLINA to materia, którą uwielbiam, bo niesie element zaskoczenia i niejednoznaczności. Jest żywiołem, co nieustannie będę podkreślać. I teraz czuję spokój. Mój warsztat technik zapomnianych wciąż się powiększa, ale glina chyba jednak będzie w centrum - nawet jeśli nie będzie jej widać na pierwszym planie :) życzę Wam powrotów upragnionych, powrotów, które dają spokój i radość :)






Pees. A wróciłam, dzięki warsztatom zorganizowanym w ramach projektu "Bieszczadzka Kuźnia Talentów" . Zajęcia poprowadziła szalona eksperymentatorka Anita Bloch i za to wariactwo jej szalenie dziękuję!

piątek, 10 października 2014

Życie leśnych ludzi

Wiem, że jest w tym gronie parę osób, które podobnie jak ja żyją w nieustającym zachwycie nad lasem. Kilka tygodni temu pisała o tym Misiura, a ja właśnie teraz. I powiem tak: nie da się opowiedzieć o uczuciu, trzeba to...czuć! Kiedy wchodzę do lasu zapominam o wszystkim co mnie pochłania każdego dnia. Zostawiam wszystkie problemy, zmartwienia, banalne sprawy i jestem jakby czystą kartką, która zapisuje się na nowo, regeneruję siły, czerpię energię. Rozumieją to z pewnością ci, którzy po leśnych wędrówkach fruwają, a nie chodzą po ziemi ;)





Las to też miejsce, w które wybieram się by zyskać swego rodzaju pewność, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że jesteśmy tym samym, bo zbudowani jesteśmy z tych samych pierwiastków. Patrzę na powalone drzewa,  jak rozwija się na nich nowe życie, stąpam po szeleszczących liściach, które strawi ziemia...To daje poczucie spokoju, że jednak Sens jest :) Kiedy wybieram się do lasu, to tak, jakbym była bliżej siebie, tego o czym marzę, kim jestem i jak żyć by być szczęśliwym człowiekiem!




A zatem....leśnego weekendu!

środa, 17 września 2014

By ruszyć, by iść

Wczoraj mieliśmy bajeczne popołudnie. A to dlatego, że ruszyliśmy! Tak ruszyliśmy. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, ktoś może powiedzieć, ale jednak kryje się w tym "ruszeniu się" jakaś moc. Otóż, ta pora przełomu, kiedy lato tak pięknie wchodzi w jesień, kiedy tak pięknie wpada w jej ramiona, kiedy zarzuca na nas pajęcze sieci...zawsze rodzi pewien niedosyt, pewien niepokój - przyjemny i utęskniony. Zawsze o tej porze pojawia się silna potrzeba by IŚĆ. I właśnie wczoraj ruszyliśmy i to naszymi, starymi ścieżkami...w Beskid Niski.

Jedna z najpiękniejszych dróg jakie znam to droga z Cisnej do Komańczy (i odwrotnie też się sprawdza) i kto jej nie zna - polecam z całego serca. Bezkres falujących pól, wciągające gęstwiny leśne, i te stada krów, kóz i baranów, które tak barwnie okraszają lekko wypłowiałe już łąki. Beskid Niski smakuje zupełnie inaczej niż Bieszczady i przyznam Wam się szczerze, że zawsze wolałam ten pierwszy ( z drugim przez jakiś czas miałam na pieńku). Teraz potrafię cieszyć się z tych różnic, które kiedyś były barierą.



A więc Beskid Niski. Pojechaliśmy oddać Piękną Helenę w dobre ręce i zobaczyć, czy aby na pewno będzie tam miała bezpieczne gniazdko. I powiem jedno Chata nad Wisłokiem to wymarzone miejsce dla wszystkich tych, którzy mają dusze niespokojne, głodne spokoju wsi i ciszy lasów, pól. To miejsce, które jeszcze tworzone, a już tętniące życiem. Dom w którym czuje się miłość i szacunek nie tylko do siebie wzajemnie, ale też do natury i tradycji. Dlatego polecam Wam i ten punkcik na Waszych mapach. Ja tę Chatę podziwiałam już parę ładnych lat i wczoraj udało się przekroczyć jej próg, poznać jej jedną połówkę i stwierdzić, że jeszcze tam wrócimy!
Moniko - kłaniam się nisko :) podrap proszę od nas Felę - za uchem ;)

niedziela, 7 września 2014

Czasu zatrzymanie

Czasu zatrzymanie - tak zatytułowałam ten post, bo tak faktycznie było! Czas stanął w miejscu, ktoś chwycił wskazówki ogromnego zegara, ba! chyba nawet je cofnął o parę ładnych lat! A lata faktycznie cudne! Jakże inne, jakże bliższe naturze, człowiekowi! W zeszłym tygodniu w końcu nam się udało pojechać do Sanoka w celu poznania tamtejszego skansenu! Dla dwojga etnologów to prawdziwa wisienka na torcie. Ale kiedy weszliśmy w to cudne miejsce, etykiety schowaliśmy do kieszeni i po prostu z każdym krokiem wchodziliśmy w świat, który może nie do końca przeminął, ale niestety jego śladów jest coraz mniej! 

I piszę to jako człowiek, który myśli sobie, że życie w zgodzie z rytmem jaki "narzucała" Natura miało sens, że za bardzo od tego odeszliśmy i teraz chodząc w labiryncie starych chat, zaglądając przez okno do środka izby, wpadając w dziki entuzjazm podziwiając te kolorowe ogródki przydomowe - wzdychamy do przeszłości. Oczywiście patrzymy na to przez swój pryzmat, mamy inną optykę i nadbudowujemy, koloryzujemy, wizualizujemy sobie rzeczywistość, która wcale nie była taka prosta. Ale...była chyba pełniejsza, bliższa, z silnymi więzami z przyrodą i drugim człowiekiem, i tym poczuciem przynależności.
Skansen w Sanoku to magiczne miejsce, bo kiedy przechodzimy przez jego "bramę" wchodzimy w inny świat. W świat gdzie czas zwalnia, gdzie nie liczy się to czym żyjemy, jakie problemy mamy, co nam doskwiera - ponieważ to wszystko zostaje na drodze przez parkiem. A my, jak dzieci, wchodzi w ten tajemniczy ogród pełen śladów przeszłości i rozsmakowujemy się jego autentycznością! 

P.S. Przy jednej z chat pasą się młode kozy. Jedzą jabłka i donośnymi głosami upraszają o uwagę wszystkich przechodzących. Nie mogliśmy przejść obojętnie, bo rzuciły na nas swój urok. Drapaliśmy je po pyszczkach, a one mrużyły oczy w zachwycie....Ot i kolejny dowód na to, że zwierzęta czują! :)


sobota, 9 sierpnia 2014

Artystyczne dłonie

Artystyczne dłonie to dłonie pokryte wszystkimi kolorami farb, które błyskawicznie zasychają na skórze - jakby wygłodniałej koloru - uwydatniają każde, nawet najmniejsze zagłębienia, pomarszczenia, drobne linie. Artystyczne dłonie pachną gliną, czasem chowają w sobie drzazgę, która postanowiła zmienić siedzibę ;) Nieważne czym są pokryte, jak pachną - ważne by tworzyły z pasją, zaangażowaniem i ciekawością! Ważne by z ich pomocą próbować coś " wyczarować", tworzyć, nadawać nowe znaczenie, bawić się!
Ostatnio warsztatuję z dzieciakami w różnym wieku od 3 do 12 lat. I muszę Wam powiedzieć, że to niesamowita przygoda. Patrzę na tych wszystkich młodych uczestników, spragnionych tworzenia śmiałków, obserwuję jak pracują, co wychodzi spod ich rąk, co podpowiada im wyobraźnia. To fantastyczne, kiedy można uczestniczyć w takich małych aktach tworzenia, kiedy najprostsze rozwiązania wywołują najdzikszą radość, kiedy spotykam się z taką szczerością, prawdą i głodem! Uwielbiam uczyć się od tych kreatywnych dzieci, bo uczę się - być może nawet więcej niż one!
A co sobie tworzymy? Ostatnio na przykład to: